Nie ma 'mnie' w macierzyństwie... A może jest?
Coś dziwnego i podstępnego dzieje się, gdy zostajesz matką. I nie, nie mówię o rozstępach, chociaż te frajery są naprawdę dziwne i podstępne.
W momencie, gdy kobieta zostaje mamą - gdy tylko to wrzeszczące, śliskie, cudowne, wspaniałe dziecko zostaje wypchnięte z jej lędźwi - jej świat nagle kurczy się do tych rzeczy, które dotyczą jej dziecka.
Kiedy byłam młodsza, zanim urodziłam dzieci, gdy ludzie pytali mnie o mnie, opowiadałam im o wszystkich fantastycznych rzeczach, które lubiłam robić lub robiłam, takich jak śpiewanie w klubach w Nowym Jorku, skakanie z samolotów z wysokości 14 000 stóp czy wyjazdy na krajowe trasy z przedstawieniami off-Broadway.
Teraz, kiedy ludzie pytają mnie o mnie, mówię o moich dzieciach. Nie dlatego, że nie są warte rozmowy. Są niesamowite, cudowne, wspaniałe, wspaniałe i straszne, zabawne i bystre i - ups. Widzisz? Znowu to zrobiłam.
Ale czasami zastanawiam się, co się ze mną stało? Ja przed dziećmi, która pływała na parasailu na Florydzie i zamykała klub Tattinger's w Atlantic City o 7 rano, i goniła sowy i różne dziwnie kolorowe robaki w Joshua Tree, i chodziła po ruinach Akropolu.
Nie żeby bycie mamą było czymś złym. Jest wspaniałe - z wyjątkiem tych chwil, kiedy chcesz wyrwać sobie wszystkie włosy, krzyczeć, aż twoje struny głosowe będą krwawić lub utopić się w wannie pełnej wódki. Macierzyństwo jest satysfakcjonujące i jest najlepszą pracą na świecie i wszystkie te inne banały, które słyszysz. I to naturalne, że mówisz o swoich dzieciach i śpiewasz ich pochwały nieznajomym w kolejce na targu lub telefonistom, którzy dzwonią, by ci coś sprzedać. Jak można nie być definiowanym przez małych hobbitów-ludzi, którzy zawładnęli twoim życiem?
Od narodzin naszego pierwszego dziecka, nasze życie staje się karmieniem, pieluchowaniem, treningiem nocnika, gorączką i bąbelkami, randkami, zajęciami sportowymi, harcerstwem, zauroczeniami, praniem, napadami złości i wyzwaniem, jakim jest unikanie za wszelką cenę wzrostu cukru.
Czy robię to dobrze? często zadajemy sobie pytanie. Czy nie spieprzyłam sprawy moich dzieci? Czy będą potrzebowały terapii przez całe życie, bo zapomniałam zrobić im dzisiaj obiady? Miarą naszego osobistego sukcesu są nasze umiejętności macierzyńskie. Czy ciasto Elmo Juniora było tak dobre jak ciasto Ciasteczkowego Potwora jego kolegi Johnny'ego? Czy kupiłam odpowiedni rozmiar trampek dla Bethany? Czy dokonuję właściwych wyborów żywieniowych? Czy powinnam ograniczyć im czas spędzany przed telewizorem/telewizorem/komputerem? Czy przegapiłem termin zapisów na piłkę nożną? Tak? Jestem do dupy! Zniszczyłam małą Lucy na zawsze!
W zeszłym roku straciłam własną mamę. Była moją najlepszą przyjaciółką i niesamowitą kobietą. A jej strata sprawiła, że na nowo przemyślałam definicję macierzyństwa.
Kiedy pisałam dla niej pochwałę, którą później przeczytałam na jej pogrzebie, zdałam sobie sprawę, że rzeczy, o których mówiłam, rzeczy, za które ją zapamiętałam, nie miały nic wspólnego z niekończącymi się obiadami, które dla mnie robiła, ani ze stosami prania, które prała i składała i kładła schludnie na moim łóżku, ani z tym, że woziła mnie na każde zajęcia, w których brałam udział. Robiła wszystkie te rzeczy i za to jestem jej wdzięczny.
Ale patrząc wstecz na jej życie, celebrowałam moją mamę za to, kim była: zapaloną podróżniczką po świecie, kobietą, która potrafiła wszystko obić, która śpiewała jak Julie Andrews, latała myśliwcem, stała na Wielkim Murze Chińskim, śmiała się całym ciałem, uwielbiała martini, taniec i smażone fois gras, robiła podciągnięcia w jadącym metrze i wyglądała jak milion dolarów - zawsze.
Czciłam ją za lekcje, których mnie nauczyła, za wsparcie emocjonalne, którego mi udzieliła, za siłę i współczucie, które okazywała, i za jej radość życia, które były cechami charakterystycznymi tego, kim była jako osoba, nie tylko jako matka, ale jako kobieta, którą była, zanim pojawiły się dzieci.
Była najlepszą mamą na świecie, ponieważ była tak wszechstronnie wykształconą osobą. Nigdy nie traciła z oczu siebie. Pielęgnowała swoje własne zainteresowania, nawet gdy wychowywała czwórkę (bardzo wymagających) dzieci.
Co prowadzi mnie do największej lekcji, jakiej nauczyłam się od mojej mamy, którą się z wami podzielę:
Nigdy nie powinnyśmy tracić z oczu kobiet, którymi jesteśmy, tego ja w każdej z nas. Powinnyśmy ciągle rozwijać się w sobie, pielęgnować własne zainteresowania, dążyć do celów, które nie mają nic wspólnego z naszymi dziećmi. Bo nasze dzieci nie będą pamiętać, kiedy spóźniłyśmy się dziesięć minut na zbiórkę, nie wyprałyśmy ich koszulek, nie pomogłyśmy im w odrabianiu lekcji, nie zrobiłyśmy im naleśników z czekoladą.
Będą pamiętać, jak się uśmiechaliśmy, śmialiśmy i cieszyliśmy się życiem. Będą opowiadać o tym, jak ich matka miała odwagę wyskoczyć z doskonałego samolotu - trzy razy. I może to zainspiruje ich do podejmowania ryzyka i przeżywania własnego życia z pasją i entuzjazmem.
A jeśli moje dzieci to zrobią, to ja odniosę sukces w macierzyństwie, po prostu będąc sobą.
